Z lekkim opóźnieniem spowodowanym nieoczekiwanym brakiem dostępu do internetu tam, gdzie byłam. Ale dość wstępu; winny się tłumaczy.
Infantylność. Czasami niczym ość tkwi w gardle. Wieczne dziewczynki i chłopcy z syndromem Piotrusia Pana. Infantylne przestępowanie z nogi na nogę. Infantylność w zetknięciu z szarą rzeczywistością. Infantylne spojrzenie na poważne sprawy. Bo ty się tak bujasz z kąta w kąt. I nie możesz zagrzać nigdzie miejsca. Bo ty masz w sobie coś z dziecka. Zanadto, a może nie.
Infantylność w granicach rozsądku. Chyba jest urocza. Chyba jest czymś wskazanym. Odnajdywaniem w rzeczach zwykłych odrobinek niecodzienności. Dwóch podobnych kropel deszczu. Soczystej zieleni. Uśmiechu dziecka. Jest skakaniem przez fale. Umorusaniem się czekoladą aż pod sam nos. Jest spędzaniem czasu wolnego w stadzie. Z innymi co się cieszyć umieją. Albo lekką rozmową samego ze sobą. Infantylność jest trochę zabawą życiem. Może chwilami zbyt ryzykowną. Zbyt naiwną. Ale równie beztroską. Infantylność to jest niedorosłość. Zieloność. Niedojrzałość. To są w oczach ogniki. To są proste, ale zaskakujące pomysły. To jest brak nudy. To jest tu i teraz. Nigdy przedtem i nigdy potem.
